KASISI OKIEM SIOSTRY MARIOLI

http://fundacjakasisi.pl/sites/default/files/banner/07_okiem-siostry-marioli.jpg

Kasisi to jest mój dom. Jestem tu szczęśliwa. Życie nauczyło mnie, żeby myśleć o tym co jest dzisiaj, przyszłość można planować, ale najczęściej po to, by usłyszeć śmiech Pana Boga. On wie czego nam potrzeba i o nas dba. Kasisi to miejsce kipiące życiem, choć często to także miejsce cierpienia i trudnych pożegnań z tymi, dla których ziemski czas się kończy. Śmierć dziecka mnie dobija, ale myślę sobie wtedy, że ja nie kocham go bardziej niż Pan Bóg, a ono przechodzi po prostu z moich rąk do Jego.

Dzień powszedni w Kasisi

Dzień w Kasisi zaczyna się wschodem słońca, albo tuż przed nim, tak żeby już po porannej toalecie przywitać świt i nie tracić żadnej chwili dnia. Dzieci wstają o piątej rano. Kąpią się, ubierają, w porannych obowiązkach pomagają im mumies. W swoich domkach jedzą śniadanie. Na pozostałych posiłkach spotykają się we wspólnej stołówce. Przywilej zakończenia aktywności również należy do słońca. Zachodząc koło godziny 18:00 daje sygnał, że już pora odpocząć. W Kasisi i we wszystkich okolicznych wioskach życie zamiera. Jeśli nie ma światła przemieszczanie się jest trudniejsze, bardziej niebezpieczne. Przyroda uczy, że ciemność jest po coś i dzień do czegoś służy.

Żeby zapewnić dzieciom komfort, tak by nie czuły, że jest ich 250. i należą do wielkiej wspólnoty, siostry podzieliły podopiecznych na osiem grup. Żyją w domkach wraz ze swoimi mumies i tworzą rodzinny klimat. Najmłodsze, kilkumiesięczne dzieci mieszkają w głównym budynku, w tak zwanym Baby Wing. Gdy nieco podrasną trafiają pod skrzydła siostry Faustyny. Mumies spędzają z dziećmi dużo czasu. Bawią się z nimi wspólnie na placu zabaw - wewnętrznym dziedzińcu sierocińca, gdzie dzieci biegają, śpiewają, hałasują i poznają wraz ze swoimi opiekunkami literki, kolory i podstawowe angielskie słowa. Przez swoją energiczność i hałaśliwość dostały przydomek Tigers. Starsze maluchy chodzą na terenie Kasisi do przedszkola w budynku zwanym przez wszystkich Big Five. Gdy mają 5 lat czeka je kolejna przeprowadzka, tym razem trafiają pod opiekę s. Eksyldy i s. Marii do St Martin House. Starszym chłopcom patronuje w osobnym domku Don Bosko, a dziewczętom św. Celestyna.

Ważne, żeby zrozumieć sens Kasisi. Tu nie chodzi tylko o dawanie dobra dzieciom, by choć opuszczone przez rodzinę, miały się do kogo przytulić, dostały posiłek, wykształcenie i by było im dobrze dopóki nie rozwiną skrzydeł. Tu chodzi o to, by nauczyć je, że dobro nie jest tylko dla nich, że na nich ono się nie może skończyć. Dając dobro, powierza się również dzieciom zadanie przekazywania go dalej, by gdy już rozwiną własne skrzydła potrafiły odnaleźć się w różnych miejscach, dostrzec potrzeby innych, otoczyć opieką potrzebujących wokół siebie.

House of Hope

To nie jest miejsce beznadziejne, choć trafiają tu często beznadziejne przypadki. To dom nadziei, bo często jedynie ona pozostaje. Dzięki wsparciu, jakie otrzymuje Kasisi to coraz częściej także dom realnej pomocy, które tę nadzieję zmienia w lepsze jutro. Rytm dnia w House of Hope różni się znaczenie od tego, którym żyje reszta mieszkańców sierocińca. Wyznaczają go pory podawania leków i rekonwalescencja. Od niedawna House of Hope spełnia rolę szpitalika, w którym przybywają już jedynie najbardziej potrzebujący. I choć jest dumą, bo takiego wyposażenia nie ma pobliska klinika, nie jest miejscem na pokaz. Siostry ograniczają dostęp do House of Hope przyjezdnym, bo choć ściany, sprzęty, łóżka, leki robią wrażenie, nie o to tu chodzi. Najważniejsze są dzieci. Muszą mieć zapewnioną zacisze, spokój i komfort do zmagania się z dolegliwościami.

Wcześniej House of Hope miało więcej mieszkańców, bo przebywały tu także dzieci z tą chorobą, tak w Afryce mówi się o HIV. By nie tworzyć podziałów na gorszych i lepszych, pozytywnych i negatywnych, naznaczonych i wolnych dołączyły do rówieśników.

W House of Hope dzień zaczyna się o szóstej rano. Dzieci dostają antybiotyki, pół godziny później leki na HIV. Potem jedzą śniadanie, przygotowywane specjalnie w siostrzanej kuchni. Dla każdego oddzielnie, wartościowe i dietetyczne.

Po śniadaniu czas na dotlenienie, spacer i odpoczynek na słońcu. Chorzy czytają, rysują, piszą, oglądają filmy. Nie marnują czasu. Dostają wtedy tlen i kroplówki. Obiad jedzą w swoich salach. Popołudnia to czas na odwiedziny. Po skończonych lekcjach przychodzą do nich koledzy. O 18:30 dostają leki, kolację i kładą się spać.

Videoblog

Partnerzy